Nigdy bym się nie spodziewała, że historia gospodarstwa agroturystycznego może być tak romantyczna. W zeszły weekend trafiliśmy do miejsca, o którego historii można by napisać książkę z gatunku “wydawało się niemożliwe, ale się udało!”. Drodzy fani nieodkrytych jeszcze zakątków, miejsc z klimatem, wczasów pod gruszą (albo lipą) – poznajcie Grenlandę, przyjazne psom gospodarstwo agroturystyczne w Kotlinie Sandomierskiej.

HISTORIA JAK OD GROCHOLI

Pani Maja i Pan Krzysztof poznali się jeszcze w liceum, ale potem ich drogi się rozeszły. Aż do momentu, kiedy po 30 latach niewidzenia się, pani Maja zdecydowała się  pana Krzysztofa odnaleźć. Podobno nie zostawił po sobie zbyt dużo śladów i namierzyć go w Internecie nie było łatwo, ale to kobieta, dla której nie ma rzeczy niemożliwych. Niedługo potem wzięli ślub, a że do tej pory mieszkali w różnych regionach Polski, zaczęli szukać miejsca dla siebie. Rozpuścili wici wśród znajomych, zaczęli jeździć po okolicy, aż trafili na Dąbrowicę pod Ulanowem i drewnianą chatę z 1929 roku, opuszczoną od dobrych kilku lat, a wcześniej długo zaniedbywaną przez poprzedniego właściciela. I tak wszystko się zaczęło. Stawianie nowych fundamentów, odnawianie desek, ocieplanie ścian… Niedługo potem dom nie przypominał już rudery, którą zastali, i był gotowy żeby się do niego wprowadzić.

 

JEDNA CHATA TO ZA MAŁO

Z czasem zaczęli potrzebować miejsca, gdzie mogliby nocować ich goście. Obok pierwszego domu rok po roku zaczęły wyrastać inne budynki, podobne chaty były sprowadzane z innych miejsc w okolicy i dostosowywane do potrzeb gospodarzy i ich gości. Jeśli będziecie mieli szczęście się tam znaleźć, poproście koniecznie o album o Grenlandzie. Znajdziecie tam historię każdego zakątka gospodarstwa, budynku, kwietnika i lampki. To lektura obowiązkowa dla każdego gościa! Opisuje 5 pierwszych lat, kiedy rok po roku na terenie gospodarstwa pojawiał się kolejny dom. Przygody z przenoszeniem sławojki, wymianie dachów, budowaniu pieców, basenu i wymyślaniu koncepcji nowych wnętrz czyta się jak dobrą powieść. Naprawdę trudno sobie wyobrazić żeby 2 osoby, które mają tyle innych zajęć (Pani Maja na co dzień pracuje w Rzeszowie i dodatkowo fotografuje, pan Krzysztof też jest fotografem, a także myśliwym i pisarzem), były w stanie skoordynować takie przedsięwzięcie. A ja się martwię remontem 60-metrowego mieszkania!

 

FELGA POZNAJE SŁOWO AGROTURYSTYKA

Do Grenlandy dojechałyśmy późnym wieczorem (z Warszawy dojazd trwa około 4 godzin). Powitały nas dwa owczarki niemieckie – Finka i Erma (dla tubylców ErmaFinka), i oczywiście, gospodarze. To był pierwszy ze wspólnych wieczorów, których nieodłącznym elementem było odgadywanie smaków nalewek, które pan Krzysztof donosił z różnych zakamarków domu. I rozmów o książkach, zwierzętach, fotografii, atrakcjach okolicznych miejscowości… Gospodarze mają ogromną wiedzę na każdy temat, interesują się wszystkim. Czuć, że lubią przebywać ze swoimi gośćmi – czas na werandzie z widokiem na zachód słońca zawsze mijał za szybko.

AGROTURYSTYKA PRAWDZIWIE PRZYJAZNA PSOM

Grenlanda to spory, ogrodzony teren, na którym znajduje się kilka domów, w tym ten gospodarzy. Fela biegała wszędzie bez smyczy i absolutnie była w raju. Wolność trochę jej uderzyła do głowy i próbowała wejść wszędzie tam, gdzie nie powinna. I tradycyjnie usiłowała wszystko zjeść (karmę kotów, jabłka dla gości, stary chleb), ale na szczęście wszyscy byli bardzo wyrozumiali (dziękujemy!).

 

Po przełamaniu pierwszych lodów zaczęła się nieźle dogadywać z owczarkami, które pod koniec naszego pobytu zgodziły się nawet przyjąć Felę tymczasowo do swojego stada. Dowiedziała się też, że istnieją zwierzęta większe niż dog niemiecki – poznała kucyki! Fiona i Emil pasą się codziennie na trawie pod domami (“kosiarki z funkcją nawożenia” jak mawia pan Krzysztof), miała więc dużo okazji, żeby najpierw je porządnie obszczekać, potem podchodzić coraz bliżej, a ostatniego dnia skubała już z nimi trawę i po szczeniakowemu zachęcała do zabawy 🙂

 

Ale najlepsze atrakcje dla psów zaczynają się zaraz za płotem. Kilka minut od domu płynie rzeka Tanew. Do małej plaży dochodzicie lasem i łąkami. Fela za każdym razem szalała, nie mogąc się nacieszyć motywem chodzenia na spacery zupełnie bez smyczy. Najpiękniejszy był wieczór, kiedy wybraliśmy się na spacer stadny – 4 ludzi, 3 psy i 2 konie zgodnie szły razem podziwiać zachód słońca nad rzeką.

NOCLEGI Z KLIMATEM

Grenlanda jest osobnym, niezależnym mikroświatem. Teren jest duży, jego sercem jest gigantyczna lipa, pod którą można, a nawet należy, leżeć na leżakach i czytać książki. Dookoła są rozmieszczone domy i inne budynki, pomiędzy sadzawki, kwiaty, ławki i stoły do jedzenia… Czuliśmy się trochę jak w skansenie, trochę jak w prywatnej małej miejscowości. Każdy ma tam miejsce dla siebie, jednocześnie jest otoczony fajnymi ludźmi.

Jest wspólna kuchnia i jadalnia, miejsce na ognisko, klub, gdzie można oglądać filmy, zagrać w bilard albo podziwiać wystawę starych aparatów fotograficznych, które kolekcjonują gospodarze.

 

Możliwości noclegowych jest mnóstwo – możesz mieć swój prywatny dom z łazienką i kuchnią, albo wybrać zaciszną stuletnią chatę z zachowanym oryginalnym piecem i meblami. Możesz spać na materacach pod dachem w stodole albo w zupełnej samotni na polanie za lasem, obserwując gwiazdy, sarny i żurawie. Dla każdego znajdzie się miejsce, które spełni jego definicję idealnego noclegu.

Atrakcji na miejscu też Wam nie zabraknie. Gospodarze oferują zajęcia z fotografii, pokazy filmowe, spływy pontonami Tanwią, wypady na strzelnicę i wiele innych rozrywek dla dorosłych i dzieci.

ZWIEDZANIE OKOLICY

Grenlanda znajduje się we wsi Dąbrowica 6 km od miasteczka Ulanów, 53 km od Sandomierza. My spędziłyśmy ten weekend dosyć leniwie, chodząc tylko na spacery po okolicy i terenie gospodarstwa, ale jeśli będziecie mieli więcej czasu na zwiedzanie, wystarczy, że zapytacie gospodarzy o wskazówki. Obydwoje mają gigantyczną wiedzę historyczną, byli przewodnikami turystycznymi i znają mnóstwo miejsc, o których pewnie nie przeczytacie w przewodnikach.

Ja mam spisaną całą listę miejsc, które będę chciała odwiedzić – Kolbuszowa z muzeum wsi lasowiackiej i rzeszowskiej, Jarosław, Leżajsk, Krzeszów i sam Ulanów z mnóstwem zachowanej drewnianej architektury. To kilka powodów, dla których na pewno tam wrócimy, ale najważniejszy to cisza i klimat Grenlandy. Od pani Mai i pana Krzysztofa dowiedzieliśmy się, że w ich okolicy średnia życia jest jedną z najdłuższych w kraju i ani trochę nas to nie dziwi 🙂 A zresztą zobaczcie, jak Fela spała po wszystkich wrażeniach: